Mistrz prowadnicy

 

Jego przyjaciele dobrze wiedzą, że ma wielką pasję – piłkę nożną. Ale nie tę w wersji kanapowo-piwnej – oglądaną, tylko najprawdziwszą – na boisku. – Od dawna trenuję i gram w różnych klubach – wyjaśnia Mariusz Schymczyk. – Niedawno przeszedłem z Orła Miedary do Dramy Kamieniec. Koledzy stamtąd poprosili mnie o wsparcie, to depczę razem z nimi murawę.

Gra na jednej z najtrudniejszych pozycji – jest napastnikiem. Każdy, kto choć odrobinę zna się na futbolu, dobrze wie, że to ciężka funkcja w drużynie. Wymaga wielkiej szybkości i świetnego rozeznania pola. Albo błyskawicznie zauważysz bramkową szansę i z niej skorzystasz, albo tracisz okazję bezpowrotnie. –Lubię tę porcję adrenaliny, którą zapewnia sport – opowiada. – Dzięki niej łapię dystans do wielu spraw, no i trzymam formę.

Nie tylko fizyczną, ale i intelektualną. Potwierdzi to każdy z jego kolegów, z którymi pracuje na tłoczni (jest pracownikiem produkcyjnym). Jak tylko pojawia się jakiś techniczny problem do rozwiązania, zazwyczaj wołają jego. – Nie, żebym był jakiś wyjątkowy – zaznacza od razu zmieszany. – Po prostu lubię, jak trzeba nad czymś pogłówkować, znaleźć nieszablonowe podejście. Zawsze tak miałem. Im trudniej, tym ciekawiej.

 

Otworzył nowe drzwi

Czasem sam stawia przed sobą zadanie. Tak było wtedy, gdy zauważył, że jest problem z przesuwaniem drzwi Astry V. – Co powodowało konieczność zaangażowania dwóch dodatkowych operatorów w  ich przenoszenie – wyjaśnia. – Łącznie w całym procesie brało udział aż 6 osób. Za dużo ludzi, za dużo straconego czasu. Pomyślałem, że można to na pewno poprawić.

Z początku nie miał pojęcia, jak to zrobić. Ale dość szybko wpadł na rozwiązanie, które wydawało się optymalne. – Choć wymagające sporej pracy – nie ukrywa. – Zaprojektowałem specjalne prowadnice, które umożliwiałyby przesuw rynnowy. Zostawałem w pracy po godzinach i krok po kroku tworzyłem ich model.

Dość szybko jego działanie zauważyli przełożeni. Jak pochylili się nad dokonaniami Mariusza, z miejsca przyznali mu dodatkowy czas w ramach dnia pracy na dokończenie projektu. I już pierwsze testy pokazały, że wyszedł on znakomicie. – Satysfakcję miałem ogromną – opowiada. – Nie da się tego uczucia porównać z żadnym innym. Najpierw łapiesz zajawkę, jak to mówią młodzi, później musisz zakasać rękawy, a na końcu widzisz coś, co w stu procentach spełnia twoje oczekiwania.

Na jego twarzy jeszcze teraz, kiedy o tym opowiada, maluje się zadowolenie. – Ale w życiu bym nie przypuszczał, że to moje dzieło tak bardzo spodoba się jurorom konkursu Kaizen – zapewnia. – Kiedy dowiedziałem się, że dostałem drugą nagrodę,  nie mogłem w to uwierzyć.

Jury doceniło nie tylko kreatywność pracownika tłoczni, ale i ogromne korzyści, jakie przyniosła jego inwencja. Udało się odzyskać dwóch operatorów, znacznie skrócił się czas pracy przy drzwiach nowej „piątki” na tym wydziale. No i poprawiło się też bezpieczeństwo operatorów. Wcześniej krążyli oni w polu pracy wózka widłowego, co stwarzało zagrożenie. Dziś to już przeszłość.

 

To jeszcze nie szczyt jego możliwości?

– Radość jest podwójna, bo to moja pierwsza nagroda roczna – mówi Mariusz Schymczyk. – A pracuję już w Oplu 11 lat. Najpierw na Tłoczni, teraz w Karoserii.

Wcześniej też miał wiele pomysłów na innowacje, ale tym ostatnim naprawdę zachwycił. – Koledzy gratulowali i żartowali, żebym podzielił się z nimi finansowym dodatkiem do nagrody – śmieje się. – Ja jednak od początku wiedziałem, co z nim zrobię. Pojechałem z całą rodziną na wakacje! Plaża, słońce, sama radość.

Jest ojcem dwojga dzieci w wieki 9 i 17 lat, więc, jak sam żartuje, miał na kogo wydawać pieniądze. – To bardzo dobrze, że firma ceni kreatywność – stwierdza. – Jak człowiek widzi, że jest doceniony, a jeszcze na co dzień ogląda efekty swojej pomysłowości, to aż się chce udoskonalać dalej.

Nie chce zdradzić, czy ma już na oku jakiś kolejny pomysł na modernizację, czy ułatwienia. Ale w jego oczach widać charakterystyczny błysk. Koledzy z boiska wiedzą, że kiedy pojawia się on u SuperMario, to zwiastuje co najmniej grad goli. – Pożyjemy, zobaczymy – odpowiada tajemniczo na pytania o szykujące się nowinki. – A na razie spokojnie wróciłem po urlopie do pracy. Nowe siły, nowa energia. Jest dobrze.

Do pracy dojeżdża Astrą IV w kolorze czarnym. Lubi samochody, za kółkiem czuje się jak ryba w wodzie. Ale kocha też turystykę, zwłaszcza górską. – Może nie śmigam jak kozica po wierchach, jednak cieszę się, kiedy udaje mi się zdobyć kolejny szczyt – opowiada.

Patrząc na niego, można być pewnym, że jeszcze niejeden raz zaszczyci swoją obecnością uroczystość rozdania nagród Kaizen.