Historie z przymrużeniem oka

 

Opel story


John

Czas po śmierci dziadka był dla Johna trudny. Dużo ich łączyło, bardzo dobrze się rozumieli. Były jednak tematy, których nie zdążyli zamknąć. Dziadek niewiele mówił o swojej wczesnej młodości. Ile razy ktoś z rodziny próbował dowiedzieć się, jak spędził te lata, ucinał temat. Raz tylko wspomniał, że jego przodkowie pochodzili z Niemiec. Może dlatego w rodzinie panowało przekonanie, że przechowywał w pamięci zdarzenia, do których nie chciał wracać. Kiedy odszedł, John pogodził się z faktem, że pewien fragment historii ich rodziny zostanie niewyjaśniony. Pewną ulgą była zbliżająca się podróż do Europy, do Niemiec właśnie, z ramienia koncernu General Motors (ówczesnego właściciela Opla), w którym pracował. Wiedział, że nie przyniesie ona rozwiązania zagadki młodzieńczych lat dziadka, ale cieszył się, że choć w niewielkim stopniu pozna kraj, w którym on dorastał. Cieszyła go jeszcze jedna rzecz – kilkudniowa wizyta w zakładzie Opla w Polsce, gdzie jako finansista miał wziąć udział w pracach przy budżecie rozwijającej się fabryki. Niewiele wiedział o tym kraju, ale miał świadomość, że być może jest to jedyna okazja, żeby go zobaczyć, bo taka podróż z dalekiego RPA, w którym mieszkał, pewnie nie będzie już więcej możliwa.

 

Klaudia i Walerka

Praca u niemieckich właścicieli zameczku, który znajdował się w jej rodzinnej wsi, była dla Walerki koniecznością. Zarabiała około 15 złotych i całe pieniądze oddawała rodzicom, wspomagając w ten sposób ich skromny domowy budżet. Nie było łatwo, ale mimo tego żyli w zdrowiu i spokoju. Dziewczyna miała dużo szczęścia, bo opiekowała się dziećmi w majątku i tylko czasem wykonywała cięższe prace, jak pranie czy sprzątanie kuchni po całym dniu. Pewnego lata zmieniło się jej całe życie – poznała kuzyna swoich pracodawców, który przyjechał z, w jej mniemaniu dalekich, Niemiec, żeby wypocząć w zameczku. Ich losy złączyły się na zawsze – zostali rodzicami córeczki. Imię dla maleństwa – Klaudia – Walerka wybrała sama, bo i sama musiała ją wychowywać. Straciła kontakt z jej ojcem i nigdy nie było im dane spotkać się ponownie.

 

Marek

– Mieszkam w małej wiosce niedaleko Gliwic. Znajduje się tam zameczek, który przed wojną należał do znanej niemieckiej rodziny. Pracowała dla nich jedna z mieszkanek wioski – Walerka. Pewnego lata poznała kuzyna właścicieli posiadłości i ta znajomość zmieniła losy obojga – zostali rodzicami małej Klaudii, jednak Walerka musiała wychować córeczkę sama. Klaudia spędziła całe życie w rodzinnej wiosce. Obecnie ma około dziewięćdziesięciu lat. Dwadzieścia lat temu poprosiła mnie o pomoc w przetłumaczeniu dokumentu w języku angielskim, który otrzymała aż z RPA. Okazało się, że zmarł człowiek, Niemiec, który w testamencie ujawnił, że jest jej ojcem. Dowiedziała się, że ma rodzinę, brata. Zadzwoniłem w jej imieniu do tego mężczyzny. Nie udało mi się z nim porozmawiać, ponieważ chorował, ale poradzono mi, żebym skontaktował się z jego synem, Johnem. Jak się dowiedziałem, John pracował w koncernie General Motors (ówczesnego właściciela Opla) i właśnie przebywał w podróży służbowej w Niemczech. Ustaliłem, że zajmował się realizacją projektów firmy od strony finansowej, czyli również projektem rozwoju naszego zakładu. Namierzyłem go w Niemczech, gdzie powiedziano mi, że wyjechał na kilka dni do… zakładu Opla w Gliwicach. Ciągle nie mogąc uwierzyć, że to wszystko się dzieje naprawdę, poszedłem do działu Finansów, żeby go odszukać. To było naprawdę duże przeżycie i dla mnie i dla niego. Kiedy powiedziałem mu, że jego ojciec ma w Polsce siostrę – Klaudię, która jest moją sąsiadką, milczał, wpatrując się we mnie, jakby zobaczył przybysza z obcej planety. Klaudia, którą odwiedziliśmy jeszcze tego samego dnia, podobnie jak John nieco wcześniej, wyglądała, jakby zobaczyła kosmitów, z których jeden z nich okazał się być jej bratankiem. Co więcej, przyjechał do niej z dalekiego RPA już na drugi dzień po tym, jak się dowiedziała, że ma tam rodzinę! Przegadali całą noc i pozostają w kontakcie do dziś.


Sklep z farbami? Nie, dziękuję!

 

Kiedy powstawała fabryka w Gliwicach, przyjmowani do zakładu pracownicy przechodzili kilkuetapową rekrutację. Na samym końcu odbywała się rozmowa z menadżerami po angielsku. Jedna przebiegała tak:

– Jesteśmy bardzo zadowoleni, dlatego chcemy, abyś dołączył do naszego zespołu.

– Bardzo mi miło, a gdzie będę pracował?

– W PAINT SHOPIE.

– W sklepie z farbami!? Z moim doświadczeniem nie chcę pracować w sklepie!

 


 

Szef mojego szefa

 

W pierwszym roku działalności fabryki była ona wielokrotnie wizytowana przez szefów koncernu. A, że każdy szef ma swojego szefa, to było i tak:

– Za każdym razem staraliśmy się dobrze przygotować do tych wizyt. Jedną z osób odwiedzających zakład był wiceprezes ds. produkcji. Niedługo po tej wizycie do fabryki przyszła informacja, że odbędzie się kolejna, jeszcze ważniejsza. Dzień przed, kiedy wszyscy szliśmy do domu, usłyszeliśmy hałas. Na końcu jednego z korytarzy dwie osoby przesuwały szafę, a jedną z nich był…wiceprezes, który wizytował nas kilka dni wcześniej:

– Tym razem przyjeżdża mój szef. Tu musi wszystko dobrze wyglądać. Nie może być widoczna ta konstrukcja z tyłu. Jak przesuniemy szafę w to miejsce, to będzie lepiej.

 


Śladami much i komarów

 

Przed uruchomieniem regularnej produkcji w gliwickim zakładzie wyprodukowano krótką serię samochodów, tzw. „przedprodukcyjnych”. Samochody malowano białą farbą, której nie wykorzystano w całości.

– Wszędzie było mnóstwo materiałów. I ta niewykorzystana beczka farby gdzieś nam zniknęła. Nie była jednak nam w tym momencie potrzebna, więc jej nie szukaliśmy. Kilkanaście dni później Gliwice obiegła informacja, że na targu w Łabędach można kupić genialną białą farbę w bardzo dobrej cenie. Rozchodziła się jak świeże bułeczki – prawie co drugie okno na osiedlu Łabędy było nią pomalowane. Miała niestety jedną wadę – była farbą do lakierowania samochodów i nie schła bez specjalnego wygrzania. Lepkie framugi były pułapką dla wszystkich okolicznych much, komarów i innych owadów, które przyklejone do nich bezlitośnie demaskowały oszustwo.

 


Szok w hurtowni

 

W trzecim roku działalności zakładu przyszedł na lakiernię nowy szef, który miał bardzo pedantyczne podejście do czystości. Postanowił odremontować klatkę schodową, więc pracownicy wybrali się do hurtowni w Zabrzu po potrzebne rzeczy, czyli farby, wałki, itp. A tam jej pracownicy dokonali szokującego odkrycia w trakcie wystawiania faktury:

– Proszę o podanie danych do faktury.

– Oczywiście… Opel Polska, wydział Lakierni…

– Felek, chodź i zobacz, czym oni w tym Oplu samochody malują!